Grajewiak.pl - Oryle i orylka na Biebrzy

Wyobraź sobie, że...

W 1932 r. zadłużenie miasta wynosiło 130,8%.

 

 
Start arrow Opracowania arrow Oryle i orylka na Biebrzy
Oryle i orylka na Biebrzy Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
Red. Jarosław Marczak   

Oryle i orylka na Biebrzy 

   Najważniejszymi szlakami komunikacyjnymi na ziemiach polskich do czasów upowszechnienia się transportu kolejowego były rzeki. Dawne prawo dzieliło je na nie spławne i spławne. Na tych ostatnich zwanych inaczej publicznymi lub później rządowymi zakazane było budowanie jazów tam i młynów. Nie znaczy, że dawne trasy wodne były łatwe w użytkowaniu. Często w korytach leżały zwalone pnie drzew, na żeglujących czyhały kamienne rawy lub piaszczyste łachy, a i sama linia brzegowa skomplikowana i pełna meandrów, stawiała nierzadko wyzwanie dla jej użytkowników. Jedną z rzek używaną do spławiania drewna i innych towarów była Biebrza. Rzeka ta bierze swój początek na bagnach na południe od Nowego Dworu. W czasie wiosennych roztopów lub wysokiego stanu, spławna była od miasteczka Lipsk Jednak dla berlinek, galarów i wreszcie tratew wykorzystywana była zwykle od śluzy Dębowo.

           

   Pierwsze wzmianki o spławie drewna na Biebrzy pochodzą z I połowy XV wieku. Czytamy w nich, że w 1425 roku Roman z Redziłowa Koła /dzisiejszy Radziłów/ zobowiązał się dostarczyć tratwę drzewa wójtowi z Giełczyna. W 1561 roku chłopi ze wsi Woznawieś, Tajno, Bargłówek i Orzechówka brali udział w robotach leśnych i „wszelkie prace podejmują, roboty i posługi czynią niemałe około roboty leśnej, w podwody jadąc, popławy wożąc, robotę leśną wiążac dla spuszczenia do Gdańska” Pracę nadzorował Rolewski z Woznewsi.  
   Przez całą historię spławu na Biebrzy drewno z Puszczy Augustowskiej spławiano Nettą i Kanałem Augustowskim, a z lasów Rajgrodzkich drewno szło wąskimi pasami rzeką Jegrznią i Kanałem Woznawiejskim. Najlepiej rozwinięty był tu handel drewnem budulcowym, które transportowano najczęściej do Gdańska, Torunia, Bydgoszczy, ale również do Goniądza, Wizny lub Łomży /ryc.1/.
   Technika spławu wiązanych, a później zbijanych bali drewnianych nazywana była orylką. Spław w niewiele zmienionej postaci przetrwał tu do późnych lat 30-tych XX wieku. Przy transporcie drewna drogą wodną w dawnej Polsce pracowało co roku tysiące ludzi. Nazywano ich flisakami lub orylami. W języku polskim występowały różne nazewnictwo: flis = flisak, oryl = orel = horyl. Osobnym tematem do dyskusji pozostaje, czy flis i oryl to synonimy. Czy flisakami, flisami nazywano ludzi pływających tylko na szkutach, galarach i berlinkach? Orylami zaś spławiających tratwy? Prawdopodobnie na rzekach, gdzie ruch wodny był intensywny i różnorodny - podział na flisów i oryli był jasny i precyzyjny. Wydaje się, że na Biebrzy, gdzie jak pisał w 1882 roku Zygmunt Gloger „berlinki prawie nigdy już teraz tędy nie przepływają (…). Za to liczne płyną tratwy” termin „flis” używany był stosunkowo rzadko. Potwierdzają to w przeprowadzonych wywiadach mieszkańcy wsi nadrzecznych.[i]
   Szeroko rozumianą pracą przy spławie drewna masowo tu trudnili się Kurpie, o których w latach 40-stych XIX wieku pisano ”Trudnią się teraz najwięcej ścinaniem drzewa, skrobaniem kory, wywózką i orylką, czyli spławem wodą”. Sporo oryli było z Pułtuska i Serocka. Duży procent spławników pochodziło z Brańszczyka nad Bugiem oraz galicyjskich miejscowości takich jak: Ulanów, Czernichów, Nowa Wieś, Chorzewice, Turbin, Zbigniowa, Radomyśl i Pilchowo nad Sanem. Ze wsi nadbiebrzańskich spławem trudnili się m.in. mieszkańcy Dolistowa[ii]. Polkowo natomiast jako osada leżąca nad Kanałem Augustowskim wyspecjalizowała się w holowaniu tratew. Tego z gospodarzy, którego stać było na kupno i utrzymanie konia przeciągał tafle od śluzy Sosnowo do Dębowej. Koń z założoną specjalną uprzężą, ciągnął tratwy po Kanale idąc po zabezpieczonym faszyną i oczyszczonym z krzewów, drzew i wiatrołomów wale. Na zakrętach kanału zabite były dębowe pale, które uniemożliwiały wbicie się ciągniętej tafli w brzeg[iii].
   Orylka była zajęciem ludzi biedniejszych, których tu nazywano bezziemiennymi lub loźniakami. Praca na rzece zaczynała się wczesną wiosną, kiedy na rzece płynęła już tylko drobna kra czyli śryz. Nierzadko względnie ciepłe i słoneczne kwietniowe dni przeplatały się z dniami i nocami mroźnymi i śnieżnymi. Jak wspominał - 15 letni wówczas Jan Golik z Pilchowa, który w 1893 roku, przemierzył pieszo drogę z Pilchowa nad Sanem do Łomży, gdzie rozpoczął pracę oryla. „szliśmy przeważnie pieszo, grupkami lub pojedynczo od czasu do czasu odpoczywając, a niekiedy z ciekawości zaglądając do przydrożnej świątyni, na wystawę sklepową, do chaty wieśniaczej lub na dziedziniec dworski(…). Pogoda nie zawsze była sprzyjająca. Padały jeszcze śnieżyce z deszczem, a niekiedy wiały wichry zimne i dokuczliwe. Płócienna odzież nie zabezpieczała należycie ciała przed utratą ciepła. Wprawdzie nogi zśiniałe i piekące raźniej przebiegały wiorstowe odcinki dalekiej i zda się, niekończącej się drogi. Noce nie zawsze były właściwym odpoczynkiem. Najczęściej zimna noc nie pozwalała na mocniejszy i dłuższy sen. Przybyliśmy w okolice Łomży, gdzie otrzymaliśmy strawne w wysokości 2 rubli oraz dwa snopki słomy. Retman Szczerbowski podzielił nas na kilka grup. Każdej grupce, liczącej po 4 osoby, oddał pod opiekę gotową już tratwę. Zadaniem każdej z nich było wyrychtowanie bud wraz z urządzeniem kuchennym. Naprzód pokryliśmy słomą dwuspadowy daszek, którego krokwie w dolnej części były zamocowane z balami tratwy, potem bardzo starannie zapletliśmy i zakryli słomą ścianę szczytowa. We wnętrzu tej budy dla celów gospodarczych założyliśmy niewielkie półeczki, na których umieściliśmy nasz prowiant i szczupły przyodziewek.”

Budulec. Dostawa drewna do bindugi. Przygotowanie tratew.

   W lasach rządowych drzewo przeznaczone do ścięcia znaczył strażnik, bądź strzelec, za zgodą i wskazaniem swojego zwierzchnika. Drewno do spławu zwożono na wybrane wcześniej miejsce, płaskie, względnie suche i dostępne od strony wody. Plac ten nazywano bindugą. Funkcjonowały one zwykle od jednego sezonu do kilkunastu lat. Bindug bezpośrednio nad Biebrzą ze względu na brak właściwego materiału, a także na niedostępność jej brzegów było stosunkowo mało. Wymienić tu należy bindugę w pobliżu śluzy Dębowo, a także miejscowościach Sztabin, Sośnia, Osowiec i Goniądz. Dużo składów dłużyzny znajdowało się przy dopływach Biebrzy. Wspomnieć tu należy o składach drewna nad Nettą: w Sosnowie, w strażach Promiski i Świderek.[iv]  
   Drzewo tu układane było według gatunku i długości kloców. Dostawa drewna do bindugi, czyli zwózka miała miejsce w zimę lub wczesną wiosną i prowadzona była na saniach lub wozach, w zależności od tego jaka się uszykowała droga –sanna czy wozowa. W pierwszym przypadku kloce przewożone były na dwóch saniach – odziemek od konia, a wierzch na mniejszych lżejszych tzw. zajdlach. Jeżeli transport odbywał się na wozach - ten rozpuszczano i bal kładziono również odziemkiem do konia, na przednia część wozu – czyli przód,  a wierzch na tylną czyli zad .Załadunek kloców prowadzony był przez dugowanie /ryc. 2/ lub za pomocą lady /ryc.3/. Przed ułożeniem ich w gromady lub inaczej w reje było one korowane – zwykle jeszcze w lesie - na czerwono. Zgodne było to z wymaganiami kupców. Drewno takie nie wysychało zbyt szybko, a zatopione w wodzie mogło leżakować nawet kilka lat. Grubsze kloce były w odziemkach obciosywane na cztery kanty - tak aby przy zbijance, poszczególne bale były do siebie równoległe, a tym samym tratwa miała kształt prostokąta. Osobą odpowiedzialną za porządek na bindudze i wydająca kwity upoważniającą do wypłaty należności za zwiezione drewno nazywany był bindużnikiem lub bindużnym. Pnie drzew były staczane po legarach do tzw. obory, czyli jak to dzisiaj można byłoby to nazwać pływającego doku /ryc. 4/. Oborę przygotowywano w ten sposób, że na wysokości bindugi, w górnym biegu rzeki w tzw. odbiegu u pala wiązano pierwsze ogniwo przyszłego doku złożone zwykle z 3-5 zbitych kloców - tak, aby można było po nim względnie swobodnie chodzić. Do niego przyczepiane były następne cztery. Ostatnie ogniwo /drąg/ przyczepiane było prostopadle do kierunku nurtu rzeki. Obora swoim kształtem przypominała trójkąt prostokątny, gdzie linia brzegowa i ostatnie ogniwo tworzyły kąt prosty. Po spuszczeniu do obory pewnej ilości bali następowało ostateczne sortowanie i gatunkowanie. Tu również następowało łączenie kloców ramionami. Były to dość grube obciosane z obu stron drągi, które przybijano metalowymi gwoździami odpowiednio ułożone bale. Po ubiciu tafla otwierano drąg obory i już z pomocą nurtu rzeki wypuszczano tafel, który palowano. Tratwy płynące kanałem Augustowskim, a później Biebrzą były to tzw. półtratwy. Składały się one z 11 tafli i szerokości 3 pasów. Szerokość maksymalna tratwy nie mogła przekraczać około 5,5 metra. Nazywane były tratwami kanałowymi lub gdańskimi. Uwarunkowane było to szerokością śluz na kanale. Biebrzą spławiano głównie drewno iglaste, sosnowe – czyli chojowe i świerkowe – tj. jegliowe. Oprócz drzew iglastych szła również dębina, brzezina, olszyna i osina. Drewno drzew liściastych jako bardziej mokre i co się z tym wiązało cięższe i o większym zanurzeniu zbijano na przemian z klocami jeglini lub choiny. Zbicie takiej tratwy było trudne i wymagało od zbijaczy dużych umiejętności i wysiłku.


Zmieniony ( 27.12.2009. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
© 2010 Grajewiak.pl :: Joomla! i Joomla! IE jest Wolnym Oprogramowaniem wydanym na licencji GNU/GPL.